Pomysł na tego posta zrodził się za sprawą książki, którą od wczoraj czytam. Napisała ją Alisa Bowman, a dotyczy jej małżeńskiego kryzysu i sposobów na rozwiązanie go. "Plan: żyć długo i szczęśliwie. Jak ratowałam swój związek, gdy skończyła się bajka" jest opisem zmagań autorki z życiem u boku męża, którego - jak jej się wydaje - już nie kocha i często zamiast rozwodu wyobraża sobie jego śmierć. Zdesperowana, za namową przyjaciółki postanawia ratować to, co kiedyś było miłością i połączyło ją z mężem. Dodatkowym motywem jest córka, dla której warto byłoby spróbować. A cały plan naprawczy obmyślony jest dokładnie i wypełniany wedle wskazówek z poradników psychologicznych.
Czyta się świetnie, można się uśmiać, ale i popłakać. Można się zastanowić nad kondycją własnego związku. I tak właśnie postąpiłam JA. Mało tego, spróbowałam się nawet do pewnych punktów - opisanych jako skuteczne w próbie komunikacji i zrozumienia partnera - zastosować. Dziś, zaraz po powrocie do domu. To starcie przegrałam, przegrał go nasz związek. Ale po kolei..
Książę, bo tak od tej pory będę go nazywać (nie żeby mu pochlebiać, po prostu zachowuje się jak książę, a raczej jak naburmuszona, wiecznie niezadowolona i wymagająca księżniczka), zamówił niedawno urządzenie wielofunkcyjne, co dla mnie oznacza po prostu, że jest drukarką i skanerem. I pewnie czymś jeszcze, ale nie zagłębiałam się w temat. Aż do dziś rana, kiedy to potrzebowałam pilnie coś wydrukować. Sukcesem było już samo to, że urządzenie zostało wypakowane z pudła, podłączone do prądu i wyposażone w pojemnik z tuszem. Na tym zainteresowanie Księcia nową zabawką się skończyło. Musiałam więc rano odszukać płyty instalacyjnej, jakiegoś kabla i instrukcji. Z tym jeszcze sobie poradziłam. Zasypywałam jednak mojego Księcia pytaniami o to i owo, na co reagował grymasem twarzy, bo zagłuszałam telewizor. Zapytałam gdzie wetknąć kabel. Nie wiedział. Jak otworzyć pokrywę. Nie wiedział. Wiem, że nie wiesz - pomyślałam - ale wolałabym żebyś nie wiedział pochylając się nad tym ustrojstwem razem ze mną i próbując mi pomóc. Ale! Niewyartykułowane myśli nie mają szans dotrzeć do męskiego mózgu, dlatego ze łzami w oczach, zrezygnowana rzuciłam, że powinien mi pomóc! Że ja sama nie wiem i nie dam rady. Niby proste - wstaje i próbuje. Ale nie! No gdzież on? Jak mógłby wygramolić się spod kołdry, przestać patrzeć w telewizor i zrzucić z kolan laptopa i po prostu mi pomóc? Nie mógł. Poradził mi natomiast, żebym wczytała się w instrukcję i nie zachowywała jak dziecko, że przecież sobie poradzę, a poza tym on wie o tym urządzeniu tak samo mało, jak ja. Krzyknęłam, że to jego obowiązek pomagać mi w takich czynnościach i że sama to ja muszę sobie radzić zawsze! Ożywiło się moje Księciuństwo i zaczęło warczeć, że wczoraj to on sprzątał całe mieszkanie, chociaż to mój obowiązek. (Bo muszę tu wspomnieć, że z góry zostało założone - gdzie ja byłam wtedy? kiedy ominęło mnie ustalanie tego prawa? - że wszelakie obowiązki domowe są moim i tylko moim obowiązkiem. Bo jestem kobietą, a on mężczyzną. I tyle.)
Pozamiatane, awantura jak szybko wybuchła, tak też szybko się zakończyła. Milczeniem jego. Dodam jeszcze tylko, że awantura z Księciem, jest jak przeczołganie po błotnistej drodze pełnej kamieni, w ulewnym deszczu. Oblepia stekiem przekleństw, wylewa na głowę tony zimnej wody momentalnie przypominając mi gdzie w tej hierarchii moje miejsce (w kącie z podkulonym ogonem i przepraszającą miną), oraz kim w tym związku jestem (nikim).
Wracając do ustrojstwa - ogarnęłam, wydrukowałam, wyszłam do pracy. Z satysfakcją i nienawiścią.
Wracając natomiast do Alisy Bowman - radzi rozmawiać, przyznać się do błędów (choć akurat ja swojego błędu nijak nie widziałam, ale niech będzie, uznajmy, że w jakimś stopniu - minimalnym - też byłam winna porannej awantury), a potem szczerze o tych błędach z partnerem porozmawiać. Wróciłam do domu, przez całą drogę układając sobie w głowie plan rozmowy. Dla pewności układałam go kilkanaście razy, aby mieć pewność, że żadnego punktu nie pominę. Weszłam do mieszkania. Książę w pozycji standardowej, półleżącej, laptop na brzuchu (tłukę mu do głowy, że to niezdrowe, ale gdzie tam, co ja wiem?), pilot w jednej dłoni, myszka w drugiej. Telewizor ogląda z wyciszonym głosem, serial na lapie - już z głosem (paranoja). Aż dziw, że z mojego nie korzysta, przecież im więcej tym lepiej, prawda?
Mógłbyś poświęcić mi chwilę? - pytam. Serial stop. Znak to, że może. (Łaskawca)
Chcę cię przeprosić za to, że rano powiedziałam, że muszę ze wszystkim radzić sobie sama. Cisza. Po prostu potrzebowałam twojej pomocy. Owszem, mogę ze wszystkim radzić sobie sama, ale są sprawy, w których nie czuję się pewnie i wolałabym, żebyś mi w nich pomagał, albo robił je za mnie. Nadal cisza. Przez całe studia musiałam być samowystarczalna. Teraz, kiedy mieszkamy razem, chciałabym móc na tobie polegać. Wiedzieć, że już nie jestem sama i czasem mi pomożesz. A dzielenie się obowiązkami jest normalne w związku. Nie wymagam, żebyś mnie wyręczał, tylko żebyś czasem mi pomógł.
....
Ty nie masz mi nic do powiedzenia?
Nie.
Wstałam, poszłam do kuchni zrobić kolację. Krojąc cebulę mogłam się przynajmniej oszukiwać, że to stąd te łzy.
Tak więc droga Alice, przede mną długa droga, bo trafiłam na ciężki materiał. Nie pójdzie z nim tak łatwo.
.. bo życie z Nim, to ciągła walka. O pilota, poduszkę, własne zdanie, wyższość racji.
wtorek, 26 marca 2013
wtorek, 23 października 2012
Shop till u drop.
Natknęłam się ostatnio na obrazek przedstawiający drogę kobiety i mężczyzny w centrum handlowym. Jej - zawiła, skomplikowana, prowadząca od jednego sklepu do drugiego, trzeciego, i tak aż odwiedzi wszystkie; i jego - prosta, racjonalna, zawierająca max 3 sklepy. Ile w rzeczywistości w tym prawdy?
Wydawało mi się kiedyś, że zakupy to jedna z najprzyjemniejszych czynności. Ale widać im jestem starsza, tym mniejszą ochotę mam na wielogodzinny shopping. I jak ognia unikam zakupów z Nim. A już na pewno nigdy nie proszę, aby poszedł ze mną do centrum, po ubrania dla mnie. Dlaczego?
Są dwie możliwości robienia zakupów nazwijmy je "odzieżowo - obuwniczych". 1. Kiedy to On czegoś potrzebuje. I tu już od początku wiadomo, że możesz zapomnieć o podglądnięciu 'przy okazji' czegoś dla siebie. Nie, musisz chodzić za nim krok w krok. Reagować szybko celną odpowiedzią i najlepiej gdybyś w gąszczu t-shirtów od razu wyłowiła odpowiedni rozmiar, bo zbyt długie dłubanie przy wieszakach Go irytuje. A więc podążasz za Nim, to ładne; to chyba nie; a zobacz kotku na to!; przymierz, w tym będzie ci dobrze itp, itd. I nie próbuj oddalić się do półki z damskimi ubraniami. Nie, nie. On cię znajdzie szybciej niż myślisz. Nie dość, że zniecierpliwiony nie pozwoli ci pooglądać, to jeszcze się oburzy, że gdzie ty poszłaś, pokazuje ci coś, mówię jak się okazało sam do siebie, bo odwracam się, a ciebie nie ma. Poza tym przyszliśmy po ubrania dla mnie, więc mogłabyś mi pomóc?! No więc idziesz za Nim do przymierzalni, taszcząc górę Jego ubrań, podczas gdy On niesie drugą. I tak w każdym sklepie, bo ten gatunek ma to do siebie, że wychodzi na zakupy sezonowe, a więc zimowe, wiosenne, letnie i jesienne, czyli raz a dobrze. I pewnie całe szczęście, bo dzięki temu czujesz się jak poturbowana wielogodzinnym doradzaniem i powłóczeniem nogami tylko średnio cztery razy w roku.
A teraz możliwość nr. 2 - zakupy dla ciebie. Chociaż nie powinno się tego robić, no ale już trudno, stało się, jesteście na tych zakupach razem. Czy jest jakaś różnica między sytuacją nr. 1, a nr. 2? Otóż finał jest taki sam - nic sobie nie kupiłaś. Ale po kolei. I ty i On próbujecie skupić się na ubraniach dla ciebie, ale ty czujesz się podwójnie zdenerwowana. To jeszcze gorsze niż wypad po ubrania dla Niego. Starasz się znaleźć coś, w czym będziesz wyglądać wspaniale. Gdy mija pierwsza godzina bezowocnych poszukiwań stajesz się nerwowa. Podwójnie. Z jednej strony dlatego, że nie możesz nic znaleźć i pojawiają się te natrętne, dołujące myśli, że jesteś gruba i brzydka i nic na ciebie nie ma. Z drugiej strony denerwujesz się, bo wiesz, że On też się denerwuje. I im dłużej ty nie możesz czegoś znaleźć, tym bardziej On się niecierpliwi. Żebyś przynajmniej coś przymierzyła, ale nie. Ty uparcie przechodzisz z jednego sklepu do drugiego i nic z tego nie wynika! Zwyczajnie tracisz czas, podczas gdy On w tym samym czasie miałby już kilka toreb swoich rzeczy w ręce. Staracie się. Ty nie pokazujesz, że z każdą minutą tracisz nadzieję, On nie pokazuje, że jest znudzony. Taki stan może trwać dłuższą chwilę. Ale nie wiecznie. W końcu jedno z was wybucha, powodując w drugim to samo. On krzyczy, że jesteś niezdecydowana i tracisz tylko czas, bo nic jeszcze nie wybrałaś, a byliście już w dwudziestu sklepach. Ty krzyczysz, że to nie twoja wina, że nic na ciebie nie ma i że On ci nie pomaga. Po czym jedno i drugie krzyczy, że więcej razem na zakupy nie pójdzie. Wracacie do domu w milczeniu, pełni wzajemnych pretensji i oczywiście bez ubrań dla ciebie. I wiesz, że następnego dnia będziesz musiała tam wrócić, z przyjaciółką, bo ona zrozumie, doradzi, a poza tym, to niemożliwe, żebym w takiej ogromnej galerii nie mogła nic znaleźć; jutro poszukam jeszcze raz, na spokojnie.
Wydawało mi się kiedyś, że zakupy to jedna z najprzyjemniejszych czynności. Ale widać im jestem starsza, tym mniejszą ochotę mam na wielogodzinny shopping. I jak ognia unikam zakupów z Nim. A już na pewno nigdy nie proszę, aby poszedł ze mną do centrum, po ubrania dla mnie. Dlaczego?
Są dwie możliwości robienia zakupów nazwijmy je "odzieżowo - obuwniczych". 1. Kiedy to On czegoś potrzebuje. I tu już od początku wiadomo, że możesz zapomnieć o podglądnięciu 'przy okazji' czegoś dla siebie. Nie, musisz chodzić za nim krok w krok. Reagować szybko celną odpowiedzią i najlepiej gdybyś w gąszczu t-shirtów od razu wyłowiła odpowiedni rozmiar, bo zbyt długie dłubanie przy wieszakach Go irytuje. A więc podążasz za Nim, to ładne; to chyba nie; a zobacz kotku na to!; przymierz, w tym będzie ci dobrze itp, itd. I nie próbuj oddalić się do półki z damskimi ubraniami. Nie, nie. On cię znajdzie szybciej niż myślisz. Nie dość, że zniecierpliwiony nie pozwoli ci pooglądać, to jeszcze się oburzy, że gdzie ty poszłaś, pokazuje ci coś, mówię jak się okazało sam do siebie, bo odwracam się, a ciebie nie ma. Poza tym przyszliśmy po ubrania dla mnie, więc mogłabyś mi pomóc?! No więc idziesz za Nim do przymierzalni, taszcząc górę Jego ubrań, podczas gdy On niesie drugą. I tak w każdym sklepie, bo ten gatunek ma to do siebie, że wychodzi na zakupy sezonowe, a więc zimowe, wiosenne, letnie i jesienne, czyli raz a dobrze. I pewnie całe szczęście, bo dzięki temu czujesz się jak poturbowana wielogodzinnym doradzaniem i powłóczeniem nogami tylko średnio cztery razy w roku.
A teraz możliwość nr. 2 - zakupy dla ciebie. Chociaż nie powinno się tego robić, no ale już trudno, stało się, jesteście na tych zakupach razem. Czy jest jakaś różnica między sytuacją nr. 1, a nr. 2? Otóż finał jest taki sam - nic sobie nie kupiłaś. Ale po kolei. I ty i On próbujecie skupić się na ubraniach dla ciebie, ale ty czujesz się podwójnie zdenerwowana. To jeszcze gorsze niż wypad po ubrania dla Niego. Starasz się znaleźć coś, w czym będziesz wyglądać wspaniale. Gdy mija pierwsza godzina bezowocnych poszukiwań stajesz się nerwowa. Podwójnie. Z jednej strony dlatego, że nie możesz nic znaleźć i pojawiają się te natrętne, dołujące myśli, że jesteś gruba i brzydka i nic na ciebie nie ma. Z drugiej strony denerwujesz się, bo wiesz, że On też się denerwuje. I im dłużej ty nie możesz czegoś znaleźć, tym bardziej On się niecierpliwi. Żebyś przynajmniej coś przymierzyła, ale nie. Ty uparcie przechodzisz z jednego sklepu do drugiego i nic z tego nie wynika! Zwyczajnie tracisz czas, podczas gdy On w tym samym czasie miałby już kilka toreb swoich rzeczy w ręce. Staracie się. Ty nie pokazujesz, że z każdą minutą tracisz nadzieję, On nie pokazuje, że jest znudzony. Taki stan może trwać dłuższą chwilę. Ale nie wiecznie. W końcu jedno z was wybucha, powodując w drugim to samo. On krzyczy, że jesteś niezdecydowana i tracisz tylko czas, bo nic jeszcze nie wybrałaś, a byliście już w dwudziestu sklepach. Ty krzyczysz, że to nie twoja wina, że nic na ciebie nie ma i że On ci nie pomaga. Po czym jedno i drugie krzyczy, że więcej razem na zakupy nie pójdzie. Wracacie do domu w milczeniu, pełni wzajemnych pretensji i oczywiście bez ubrań dla ciebie. I wiesz, że następnego dnia będziesz musiała tam wrócić, z przyjaciółką, bo ona zrozumie, doradzi, a poza tym, to niemożliwe, żebym w takiej ogromnej galerii nie mogła nic znaleźć; jutro poszukam jeszcze raz, na spokojnie.
czwartek, 18 października 2012
Drugi początek.
Jedziesz autobusem, godziny szczytu, korki, pełno ludzi. Na jednym z przystanków siada obok ciebie mężczyzna. Przystojny, dobrze ubrany, uśmiechający się do ciebie. Patrzysz na niego tylko w pierwszej chwili, po czym wracasz do oglądania świata za szybą. I jedyne o czym myślisz, to że pachnie słodkimi migdałami. A może raczej marcepanem, wszystko jedno. Nie zwracasz na niego uwagi, intryguje cię tylko jego zapach. Kilka miesięcy wcześniej pewnie zarumieniłabyś się w chwili, kiedy usiadł obok, a później przez resztę drogi marzyła o tym, że wysiadasz, a on biegnie za tobą i mówi, że nie mógł się powstrzymać, ale masz taki piękny uśmiech.. i wiadomo, co byłoby dalej, jak zwykle w takich historiach. Tak, tak zazwyczaj wyglądałoby szczęśliwe zakończenie tej autobusowej bajki.
A teraz? Teraz wysiadasz, wyjmujesz z kieszeni telefon i dzwonisz do Niego. Tego swojego starego, przechodzonego, którego znasz na wylot, a On zna ciebie. Dzwonisz tylko po to, żeby wiedział, że o nim myślisz. I w nosie masz tego przystojniaka z autobusu, w nosie masz wszystkich innych mężczyzn. I nawet gdyby Enrique stanął nagle przed tobą... chociaż nie, na niego to byś się akurat rzuciła wrzeszcząc ze szczęścia wniebogłosy. Ale umówmy się, to się nigdy nie zdarzy. Więc generalnie w dupie masz wszystkich facetów. Wszystkich poza swoim własnym.
Czy jest możliwe, aby znów zakochać się w tej samej osobie? Co prawda już bez tych gówniarskich pisków, ochów i achów i motyli w brzuchu, ale jednak. Można być z kimś kilka lat nieprzerwanie, przejść kryzys, znudzenie, zanik jakichkolwiek uczuć objawiający się całkowitą obojętnością i nagle, nie wiadomo skąd, znów czuć się jak na początku?
A teraz? Teraz wysiadasz, wyjmujesz z kieszeni telefon i dzwonisz do Niego. Tego swojego starego, przechodzonego, którego znasz na wylot, a On zna ciebie. Dzwonisz tylko po to, żeby wiedział, że o nim myślisz. I w nosie masz tego przystojniaka z autobusu, w nosie masz wszystkich innych mężczyzn. I nawet gdyby Enrique stanął nagle przed tobą... chociaż nie, na niego to byś się akurat rzuciła wrzeszcząc ze szczęścia wniebogłosy. Ale umówmy się, to się nigdy nie zdarzy. Więc generalnie w dupie masz wszystkich facetów. Wszystkich poza swoim własnym.
Czy jest możliwe, aby znów zakochać się w tej samej osobie? Co prawda już bez tych gówniarskich pisków, ochów i achów i motyli w brzuchu, ale jednak. Można być z kimś kilka lat nieprzerwanie, przejść kryzys, znudzenie, zanik jakichkolwiek uczuć objawiający się całkowitą obojętnością i nagle, nie wiadomo skąd, znów czuć się jak na początku?
środa, 17 października 2012
On choruje, ty cierpisz.
Powszechnie wiadomo, że nie ma nic gorszego, niż chory mężczyzna w domu. To jeszcze gorsze niż gromadka chorych dzieci. To gorsze niż pierwszy dzień miesiączki, nadgodziny w pracy, weekend z teściową i kac gigant. Kiedy ty chorujesz, starasz się, w miarę możliwości, funkcjonować normalnie. Jak zawsze wykonujesz swoje obowiązki, zajmujesz się domem, wychodzisz do pracy. W skrajnych przypadkach pozwalasz sobie na leżenie w łóżku, kiedy już nie możesz ustać na nogach. Nie jesteś jednak nigdy tak obłożnie chora, żeby nie zrobić sobie herbaty czy nie przynieść aspiryny. Wszystko jasne. Jesteś kobietą.
Niesamowite jest jednak to, że kiedy złapałaś przeziębienie pierwsza, a później łapie je twój mężczyzna, ty automatycznie zdrowiejesz. Nigdy nie masz czasu na choroby, a już z pewnością zapominasz, że jesteś chora, kiedy tylko on zaczyna kichać. Już kiedy pojawiają się u niego pierwsze objawy - kaszel, katar i przyrasta do kanapy mocniej niż zwykle - zaczyna się twoja droga krzyżowa. Już nie pamiętasz o tym, żeby wziąć witaminy. Pamiętasz natomiast, żeby szczelnie przykrywać go kocem, donosić co chwilę herbatki, tabletki, podawać chusteczki. Najlepiej też, żebyś w ogóle nie wychodziła wtedy z domu, tylko czuwała przy łóżku i podawała pilota. Możesz zapomnieć o odkurzaniu, bo boli go głowa, otwieraniu okna, bo przeciąg, oglądaniu swojego jedynego ulubionego serialu, bo on jako chory ma pierwszeństwo. Powinnaś też czytać w jego myślach, żeby nie musiał nadwyrężać gardła prosząc o kolejną swoją zachciankę. A jeśli już uda ci się wyjść z domu zostaniesz zasypana smsami z prośbami o to, co mu kupić i załatwić kiedy będziesz wracać z pracy. Jest na przemian rozdrażniony i smutny, a ty myślisz tylko o tym, że nie wytrzymasz kolejnej nocy z chrapiącym, kaszlącym i stękającym potworem, w którego zamienił się twój facet. I te chusteczki porozrzucane wokół łóżka. Chodzisz, zbierasz, wyrzucasz. I znów, i znów.
I jeszcze jedno. Kiedy ty chorujesz, chorujesz sobie w swoim małym świecie, po cichu, żeby nikogo nie obarczać kłopotem. Nie podkreślasz w każdej rozmowie, że czujesz się fatalnie, nie jęczysz i nie wzdychasz systematycznie przez 24 godziny, jakby to co najmniej miało poprawić twój stan. Prędzej się udusisz, niż pozwolisz sobie na zbyt częste smarkanie w nocy, bo mogłoby kogoś obudzić. On natomiast nie ma żadnych oporów, aby o 2 w nocy wyrwać cię ze snu, bo wydaje mi się, że ta maść rozgrzewająca przestała działać; mogłabyś jeszcze raz posmarować mi nią klatkę piersiową? albo przepraszam, że cię budzę, ale tak męczy mnie kaszel, że nie mogę spać, zrobisz mi herbaty? Opadają ci ręce i masz wrażenie, że on ma grypę, a ty ją odchorowujesz.
Cóż, przytulasz go z czułością, całujesz w czoło i mimo wszystko resztkami sił współczujesz. Jest chory i nie do zniesienia, ale jest twój. Chory i nie do zniesienia.
Niesamowite jest jednak to, że kiedy złapałaś przeziębienie pierwsza, a później łapie je twój mężczyzna, ty automatycznie zdrowiejesz. Nigdy nie masz czasu na choroby, a już z pewnością zapominasz, że jesteś chora, kiedy tylko on zaczyna kichać. Już kiedy pojawiają się u niego pierwsze objawy - kaszel, katar i przyrasta do kanapy mocniej niż zwykle - zaczyna się twoja droga krzyżowa. Już nie pamiętasz o tym, żeby wziąć witaminy. Pamiętasz natomiast, żeby szczelnie przykrywać go kocem, donosić co chwilę herbatki, tabletki, podawać chusteczki. Najlepiej też, żebyś w ogóle nie wychodziła wtedy z domu, tylko czuwała przy łóżku i podawała pilota. Możesz zapomnieć o odkurzaniu, bo boli go głowa, otwieraniu okna, bo przeciąg, oglądaniu swojego jedynego ulubionego serialu, bo on jako chory ma pierwszeństwo. Powinnaś też czytać w jego myślach, żeby nie musiał nadwyrężać gardła prosząc o kolejną swoją zachciankę. A jeśli już uda ci się wyjść z domu zostaniesz zasypana smsami z prośbami o to, co mu kupić i załatwić kiedy będziesz wracać z pracy. Jest na przemian rozdrażniony i smutny, a ty myślisz tylko o tym, że nie wytrzymasz kolejnej nocy z chrapiącym, kaszlącym i stękającym potworem, w którego zamienił się twój facet. I te chusteczki porozrzucane wokół łóżka. Chodzisz, zbierasz, wyrzucasz. I znów, i znów.
I jeszcze jedno. Kiedy ty chorujesz, chorujesz sobie w swoim małym świecie, po cichu, żeby nikogo nie obarczać kłopotem. Nie podkreślasz w każdej rozmowie, że czujesz się fatalnie, nie jęczysz i nie wzdychasz systematycznie przez 24 godziny, jakby to co najmniej miało poprawić twój stan. Prędzej się udusisz, niż pozwolisz sobie na zbyt częste smarkanie w nocy, bo mogłoby kogoś obudzić. On natomiast nie ma żadnych oporów, aby o 2 w nocy wyrwać cię ze snu, bo wydaje mi się, że ta maść rozgrzewająca przestała działać; mogłabyś jeszcze raz posmarować mi nią klatkę piersiową? albo przepraszam, że cię budzę, ale tak męczy mnie kaszel, że nie mogę spać, zrobisz mi herbaty? Opadają ci ręce i masz wrażenie, że on ma grypę, a ty ją odchorowujesz.
Cóż, przytulasz go z czułością, całujesz w czoło i mimo wszystko resztkami sił współczujesz. Jest chory i nie do zniesienia, ale jest twój. Chory i nie do zniesienia.
środa, 10 października 2012
Sprzątania problem odwieczny.
Wchodzisz do domu, rozpinasz płaszcz, zdejmujesz buty, zaglądasz do salonu - widzisz to co zwykle. Twój mężczyzna w swoim centrum dowodzenia. Na kolanach laptop, przed oczami telewizor, obok dwa telefony i półśnięty wzrok. Nagle cały się rozpromienia, biegnie do kuchni ciągnąc cię za sobą i z dumą rozpierającą go do granic możliwości oznajmia: Kochanie umyłem naczynia! W tle słyszysz fanfary potęgujące rozmiar jego niezwykłego wyczynu, a kiedy się odwraca możesz niemal zauważyć pawie piórka wystające z tyłka. Taka niespodzianka! Zadowolony jest z siebie jak pies trzymający w pysku kość i brakuje mu tylko merdającego ogona. Uśmiechasz się w głębi duszy z politowaniem ale na tyle naturalnie aby jego ego mogło jeszcze bardziej urosnąć. Chwalisz, doceniasz.
A później zastanawiasz się kiedy ciebie ostatnio pochwalono. Za codzienne, tak naturalne, że już nawet niezauważalne przez niego czynności. Pranie, sprzątanie, zmywanie. Za te soboty, kiedy od świtu do wieczora zapieprzasz jak mały samochodzik, nadrabiając wszystko to, czego nie udało ci się zrobić w tygodniu z braku czasu. I kiedy wreszcie umęczona padasz na łóżko ze słowami: O matko, jestem taka zmęczona, że nie mam nawet siły oglądnąć z tobą filmu, on odpowiada: No nie dziwię się, cały dzień sprzątałaś. "Cały dzień sprzątałaś"?! I tyle?? Masz ochotę go wtedy udusić. "Nie dziwię się"?! Twój kochający mężczyzna, który oczekuje pochwalenia go za to, że sam dzielnie wrzucił brudne skarpetki do kosza na pranie nawet przez moment nie pomyślał o tym, żeby pomóc. A nawet jeśli pomyślał, to przecież: Ty to robisz dużo lepiej ode mnie. Więc nie dość, że nie pomógł, nie pomyślał, to ani słowem nie pochwalił, nie podziękował. To przecież takie naturalne.
Ale żeby nie było tak całkiem pesymistycznie, to przecież zdarza się, że czasem cię zaskoczy. Kiedy powiesz, żeby wyniósł brudne naczynia do kuchni - wyniesie, jeśli akurat ma po drodze. Wyrzucił śmieci - wyrzuca, jeśli akurat wychodzi do sklepu. Nie zostawiał na krześle brudnych rzeczy, bo skoro są brudne, to są brudne i powinny wylądować w pralce, a nie na kupce "brudne, ale można jeszcze ubrać", więc ze smutkiem rozstaje się z nimi i wrzuca do tego magicznego urządzenia, którego chyba nigdy nie nauczy się obsługiwać, bo tyle programów, jaka temperatura, gdzie wsypać proszek, czy to jeszcze białe, czy już może kolorowe?
Więc chyba nie jest jeszcze tak z nim najgorzej, myślisz. Czujesz się trochę jak pies przewodnik, ale dzielnie prowadzisz go tą drogą, licząc na to, że systematyczne tresowanie nauczy go w końcu samodzielnego działania w tym skomplikowanym świecie domowych obowiązków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)