Pomysł na tego posta zrodził się za sprawą książki, którą od wczoraj czytam. Napisała ją Alisa Bowman, a dotyczy jej małżeńskiego kryzysu i sposobów na rozwiązanie go. "Plan: żyć długo i szczęśliwie. Jak ratowałam swój związek, gdy skończyła się bajka" jest opisem zmagań autorki z życiem u boku męża, którego - jak jej się wydaje - już nie kocha i często zamiast rozwodu wyobraża sobie jego śmierć. Zdesperowana, za namową przyjaciółki postanawia ratować to, co kiedyś było miłością i połączyło ją z mężem. Dodatkowym motywem jest córka, dla której warto byłoby spróbować. A cały plan naprawczy obmyślony jest dokładnie i wypełniany wedle wskazówek z poradników psychologicznych.
Czyta się świetnie, można się uśmiać, ale i popłakać. Można się zastanowić nad kondycją własnego związku. I tak właśnie postąpiłam JA. Mało tego, spróbowałam się nawet do pewnych punktów - opisanych jako skuteczne w próbie komunikacji i zrozumienia partnera - zastosować. Dziś, zaraz po powrocie do domu. To starcie przegrałam, przegrał go nasz związek. Ale po kolei..
Książę, bo tak od tej pory będę go nazywać (nie żeby mu pochlebiać, po prostu zachowuje się jak książę, a raczej jak naburmuszona, wiecznie niezadowolona i wymagająca księżniczka), zamówił niedawno urządzenie wielofunkcyjne, co dla mnie oznacza po prostu, że jest drukarką i skanerem. I pewnie czymś jeszcze, ale nie zagłębiałam się w temat. Aż do dziś rana, kiedy to potrzebowałam pilnie coś wydrukować. Sukcesem było już samo to, że urządzenie zostało wypakowane z pudła, podłączone do prądu i wyposażone w pojemnik z tuszem. Na tym zainteresowanie Księcia nową zabawką się skończyło. Musiałam więc rano odszukać płyty instalacyjnej, jakiegoś kabla i instrukcji. Z tym jeszcze sobie poradziłam. Zasypywałam jednak mojego Księcia pytaniami o to i owo, na co reagował grymasem twarzy, bo zagłuszałam telewizor. Zapytałam gdzie wetknąć kabel. Nie wiedział. Jak otworzyć pokrywę. Nie wiedział. Wiem, że nie wiesz - pomyślałam - ale wolałabym żebyś nie wiedział pochylając się nad tym ustrojstwem razem ze mną i próbując mi pomóc. Ale! Niewyartykułowane myśli nie mają szans dotrzeć do męskiego mózgu, dlatego ze łzami w oczach, zrezygnowana rzuciłam, że powinien mi pomóc! Że ja sama nie wiem i nie dam rady. Niby proste - wstaje i próbuje. Ale nie! No gdzież on? Jak mógłby wygramolić się spod kołdry, przestać patrzeć w telewizor i zrzucić z kolan laptopa i po prostu mi pomóc? Nie mógł. Poradził mi natomiast, żebym wczytała się w instrukcję i nie zachowywała jak dziecko, że przecież sobie poradzę, a poza tym on wie o tym urządzeniu tak samo mało, jak ja. Krzyknęłam, że to jego obowiązek pomagać mi w takich czynnościach i że sama to ja muszę sobie radzić zawsze! Ożywiło się moje Księciuństwo i zaczęło warczeć, że wczoraj to on sprzątał całe mieszkanie, chociaż to mój obowiązek. (Bo muszę tu wspomnieć, że z góry zostało założone - gdzie ja byłam wtedy? kiedy ominęło mnie ustalanie tego prawa? - że wszelakie obowiązki domowe są moim i tylko moim obowiązkiem. Bo jestem kobietą, a on mężczyzną. I tyle.)
Pozamiatane, awantura jak szybko wybuchła, tak też szybko się zakończyła. Milczeniem jego. Dodam jeszcze tylko, że awantura z Księciem, jest jak przeczołganie po błotnistej drodze pełnej kamieni, w ulewnym deszczu. Oblepia stekiem przekleństw, wylewa na głowę tony zimnej wody momentalnie przypominając mi gdzie w tej hierarchii moje miejsce (w kącie z podkulonym ogonem i przepraszającą miną), oraz kim w tym związku jestem (nikim).
Wracając do ustrojstwa - ogarnęłam, wydrukowałam, wyszłam do pracy. Z satysfakcją i nienawiścią.
Wracając natomiast do Alisy Bowman - radzi rozmawiać, przyznać się do błędów (choć akurat ja swojego błędu nijak nie widziałam, ale niech będzie, uznajmy, że w jakimś stopniu - minimalnym - też byłam winna porannej awantury), a potem szczerze o tych błędach z partnerem porozmawiać. Wróciłam do domu, przez całą drogę układając sobie w głowie plan rozmowy. Dla pewności układałam go kilkanaście razy, aby mieć pewność, że żadnego punktu nie pominę. Weszłam do mieszkania. Książę w pozycji standardowej, półleżącej, laptop na brzuchu (tłukę mu do głowy, że to niezdrowe, ale gdzie tam, co ja wiem?), pilot w jednej dłoni, myszka w drugiej. Telewizor ogląda z wyciszonym głosem, serial na lapie - już z głosem (paranoja). Aż dziw, że z mojego nie korzysta, przecież im więcej tym lepiej, prawda?
Mógłbyś poświęcić mi chwilę? - pytam. Serial stop. Znak to, że może. (Łaskawca)
Chcę cię przeprosić za to, że rano powiedziałam, że muszę ze wszystkim radzić sobie sama. Cisza. Po prostu potrzebowałam twojej pomocy. Owszem, mogę ze wszystkim radzić sobie sama, ale są sprawy, w których nie czuję się pewnie i wolałabym, żebyś mi w nich pomagał, albo robił je za mnie. Nadal cisza. Przez całe studia musiałam być samowystarczalna. Teraz, kiedy mieszkamy razem, chciałabym móc na tobie polegać. Wiedzieć, że już nie jestem sama i czasem mi pomożesz. A dzielenie się obowiązkami jest normalne w związku. Nie wymagam, żebyś mnie wyręczał, tylko żebyś czasem mi pomógł.
....
Ty nie masz mi nic do powiedzenia?
Nie.
Wstałam, poszłam do kuchni zrobić kolację. Krojąc cebulę mogłam się przynajmniej oszukiwać, że to stąd te łzy.
Tak więc droga Alice, przede mną długa droga, bo trafiłam na ciężki materiał. Nie pójdzie z nim tak łatwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz