Od dzieciństwa miałam w głowie obraz idealnego mężczyzny. I mojego - przy nim - idealnego życia. Był skrajnie odmienny od życia mojej matki. Od życia mojej matki z moim ojcem. Był wymagającą osobą; zawsze przy nim czułam, że robię za mało, jestem niewystarczająco dobra, aby zasłużyć na jego pochwałę, przy jednoczesnym braku zainteresowania moim życiem. Jego troska ograniczała się zawsze - i tak pozostało do tej pory - do standardowych pytań czy wszystko w porządku, czy dobrze się czuję i czy potrzebuję pieniędzy. To nie były nawet pytania, tylko stwierdzenia - wypowiadał je, z góry oczekując tych samych odpowiedzi. Bo w jego świecie nie było miejsca na dodatkowe problemy. Gdyby mógł, schowałby się przed nimi w najciemniejszy kąt, zatkał uszy, żeby nie słyszeć, zamknął oczy, żeby nie widzieć. W jego świecie, jeśli o czymś nie mówiło się głośno, problem nie istniał.
Razem z mamą, odkąd pamiętam, zawsze udawałyśmy przed nim, że wszystko jest ok. Załatwimy to, zanim tato się dowie; nie mówmy mu o tym; po co dokładać mu zmartwień. Ja mogłam liczyć na nią. Zawsze i we wszystkim. A ona? Musiała liczyć sama na siebie. I przez cały czas spełniać jego oczekiwania, co przy tym typie osoby, było niemożliwe. Zawsze coś było nie tak. Nie było świąt, które nie kończyłyby się awanturą, wyjazdów, które nie byłyby udręką, wizyt, podczas których wszyscy nie skakaliby wokół jego naburmuszonego oblicza. Sytuacje zwykłe i wyjątkowe, beztroskie i poważne - ciągle wiązały się z niepokojem, że coś pójdzie nie tak, że tatuś zaraz się zezłości, wybuchnie, bo znów coś zrobiłyśmy źle, a potem nastąpi kilka cichych dni, podczas których trzeba będzie chodzić wokół niego na paluszkach i sprawdzać, czy już może mu przeszło, czy już aby się nie gniewa.
Były czasy, kiedy go nienawidziłam, kiedy złościłam się na mamę, że pozwala sobie na to, że mu się nie postawi, że znosi wszystkie jego fochy z taką cierpliwością, łagodzi wszystko i próbuje naprawiać. Były czasy, że nie potrafiłam się powstrzymać, wybuchały między nami awantury, które owocowały miesiącami milczenia. Nie potrzebowałam go. Odpowiadało mi, że traktujemy się jak powietrze. Ale widziałam też, jak bardzo to wszystko uderza w mamę, jak smutne ma oczy i jak jest jej ciężko z tym, że nie może utrzymać swojej rodziny razem. Kapitulowałam zazwyczaj i okazywałam skruchę. Przełamywałam się, wyciągając do niego rękę, tylko ze względu na nią, jednocześnie w środku czując jeszcze większą nienawiść i gniew.
I byłam pewna - od zawsze - że takiego życia nie chcę. Że ja nie pozwolę sobie na to, żeby ktoś tak mnie traktował. Niszczył codziennie to, co druga osoba każdego dnia musiała sklejać, budować od nowa, łatać dziury po ostrych jak brzytwa słowach.
Tymczasem robiłam dokładnie to, czego najbardziej nie chciałam. Wmawiałam sobie, że jest inaczej, że ja jestem silniejsza od swojej matki, mam nad tym kontrolę i sytuacja, choć podobna, jest różna od tej w moim domu. Był czas, kiedy miałam do mamy żal. Że pozwoliła mi się wychowywać w takiej atmosferze, że to przez nią przyswoiłam sobie takie wzorce i teraz po prostu nie umiem inaczej. Bo tak zostałam wychowana, bo nauczyłam się, że tak trzeba. Nawet jeśli cholernie boli, trzeba zacisnąć zęby i wypełniać swoje obowiązki. Nie narzekać, nie skarżyć się, budować, naprawiać, rezygnować z siebie.
W końcu zrozumiałam, że jeśli ja czegoś nie zmienię, nikt tego za mnie nie zrobi. I przyszedł wieczór, kiedy po raz pierwszy przestałam myśleć o nim, a pomyślałam o sobie. Pomyślałam, że dłużej tego nie zniosę. Gorycz, żal i złość wylały się ze mnie razem ze słowami. Czułam jakby coś we mnie eksplodowało. Coś, czego nie mogę już powstrzymać, co mnie wypełniało i rozsadzało od środka, i czego całym sercem pragnęłam się pozbyć. To nie była zwykła awantura, jakich wcześniej były tysiące. Była furią rozpaczy, podczas której zwymiotowałam wszystko, co przez lata zalegało we mnie. Już się nie bałam, nie myślałam, co będzie potem. Z każdym słowem czułam się lżejsza, zdrowsza, jakby ktoś właśnie usunął mi chorą komórkę, wyniszczającą powoli cały organizm.
A potem była cisza. Puste mieszkanie i puste życie, do którego po dwóch miesiącach zaczęłam się przyzwyczajać. Był spokój, choć bywał też smutek, czy może raczej tęsknota za tym co minęło. Było też trochę złości, że te wieloletnie wysiłki poszły na marne, a w perspektywie okazały się zupełnie bezsensowne i były tylko stratą czasu. Czasu, którego wciąż ubywa, a można było wykorzystać go tak bardzo inaczej, lepiej.
I kiedy myślałam, że trzymam w końcu życie w swoich rękach - on znów się pojawił. Zawsze był mężczyzną, który urażony unosi się dumą i nie walczy. Nawet gdyby miał stracić najważniejszą rzecz, nie zrobi nic, bo wszystko mu się należy, wszystko przyjdzie samo i o nic nie trzeba się starać.
No więc pojawił się i płakał. Prosił, tłumaczył, obiecywał i przepraszał. Wspominał przeszłość i mówił o przyszłości. Naszej wspólnej, bo beze mnie to on nie. Nie i już. Nie da rady, nie umie, nie chce. Zmieni się, udowodni mi, że zasługuje.
A ja...?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz